Przyleciałem do Brukseli. Lądowanie było twarde a pogoda na zewnątrz ohydna: drobny deszcz, wiatr i wszechogarniająca wilgoć. Na szczęście w Polsce był śnieg, 0 stopni i porywisty wiatr – więc ubiór miałem przygotowany. Z pewnego rodzaju wyższością patrzyłem na tych Włochów, Rumunów czy Hiszpanów, którzy marzli w tej aurze, czekając na autobus.

Na autobus, który okazał się chwytem marketingowym. Na szybach wielkie napisy zapaszające i informacja, że do Brukseli tylko za 5 euro. W kasie biletowej okazało się, że bilet kosztuje 14, a pani ostatecznie skasowała mnie za 17, bo jeszcze 3 euro jakiejś opłaty. Pewnie te 5 euro to jest przy rezerwacji pół roku wcześniej i przez internet. Ale kto wie, że za pół roku będzie w deszczu czekał na autobus o 12.15 z Charleroi do stolicy.

Autobus prowadził Hindus z widocznym poczuciem wyższości nad innymi użytkownikami drogi. Te kilka ton żelaza które prowadzi daje mu siłę! Może sobie wyzywać innych i razić ich światłami długimi. Siedzę z przodu, wszystko obserwuję… Ale dla pasażerów to on jest per „Mesje”.

Z przystanku do hotelu mam kilometr. Skład etniczny Brukseli w 2017 roku przypomina Neapol albo Palermo – pełno arabopodobnych ludzi, murzynów, z rzadka typowy biały człowiek. A może ci prawdziwi biali Belgowie się gdzies chowają? Nie wiem, poszukam ich.

Hotel skromny, ale w centrum. 300 euro za pobyt. Nie znoszę płacić takich chorych pieniędzy za coś, to można załatwić za 1/3 kwoty albo za darmo na couchsurfingu. Ale w tym przypadku nie mam wyjścia, muszę mieszkać w tym miejscu i zapłacić te wygórowane ceny. A pomyśleć, że za te same pieniądze można by przeżyć fajny miesiąć np.  w Chile…

Natomiast jedzenie aranżuję już po własnej myśli, więc pomyślałem, że zrobię to tanio. Udałem się w kierunku przeciwnym do centrum. Trafiłem w dzielnice, która była dość obleśna i gęsto zaludniona przez czarnych – pomyślałem – będzie tanio! Znalazłem jakiś duży sklep, który wyglądał na spożywczy. Okazało się, że to sklep dla Afrykańczyków, bo tylko oni tam sprzedawali i kupowali. Sami czarni i ja. Problem był taki, że te asortyment był kompletnie kosmiczny. Jakieś dziwne jedzenia, które nie wiedziałem do czego służą, zapachy, których nigdy nie spotykałem w sklepie… czasem zastanawialem się poważnie, czy nie jestem w zoologicznym, sądząc po zapachu i tym co oferowali. Ale na szczęście udało mi się znaleźć wodę, ser i orzechy – do jutra przeżyję. Murzynek przy kasie poinformował mnie, że skoro płacę kartą to jest drożej… no trudno. Zapłaciłem 28 zł.

Po drodze do hotelu wstąpiłem do bardziej belgijskiego sklepu, w którym nawet sprzedawczyni była belgijką. Tam się dowiedziałem, że jeśli płacę MasterCard, to doliczają 1.50 euro. Więc za jabłka zapłaciłem ponad 20zł… wróciłem z zakupów. Na pewno nie było one tanie…